Zobacz wszytkie serwisy JOE.pl
blogiblog4u.pl blogiblogasek.pl katalog stronwjo.pl avataryavatary.ork.pl czcionkiczcionki.joe.pl aliasydai.pl, ork.pl, j6.pl tapety tapety.joe.pl obrazkiobrazki na NK
Online: ---
zdrowie i choroby nieruchomości na mapie
Blog nie aktywny. Dodaj notkę aby usunąć tą informację oraz reklamy w treści bloga
Everything


Pasożyty

     Dźwięk spadających kropli roznosił się po całym pomieszczeniu. Opadały powoli, leniwie, ażeby wreszcie dotrzeć do celu. Bębniły o parapet i o okna. Chyba to ten, ukochany zresztą, dźwięk sprawiał, że moje powieki częściej były zamknięte niż otwarte. Próbowałam sobie powtarzać, że zaraz je otworzę, jeszcze tylko chwilka, nic się nie stanie. Chociaż w sumie mogłabym się zdrzemnąć. Na minutkę. Pół. Tudzież dwie. Tak, tylko dwie minutki, zaraz się obudzę. Och, chyba uwielbiam deszcz.
   Burza ma swój charakterystyczny zapach. Jest taki rześki, orzeźwiający, świeży. Bardzo przyjemny. Prawie tak przyjemny jak ciepła kołdra, wygodne łóżko, albo chociaż miękki tors Fairchilesa, unoszący się równomiernie z każdym jego oddechem. Oddychał głęboko, rzadziej niż ja. Nie umiałam dostosować swojego tempa do jego, pomimo że i tym zajmowałam sobie czas przez dłuższą chwilę. Moje oczy powoli się poddawały. Jego były zamknięte, ale i tak nie spał. Wiedziałam to, bo on zawsze czekał, aż ja zasnę pierwsza. Takie małe jego okrucieństwo, z którym musiałam żyć. Nigdy mi nie pozwolił tak naprawdę popatrzyć jak śpi. A ja... A ja tak bym chciała.

ﬡﬡﬡ

    - O, Peggy Brown, kto ciebie ukochać będzie umiał?
    - Hmm... - wymruczałam niewyraźnie, zbudzona ze snu. - chyba tylko ty zostałeś.
    Roześmiał się krótko i wtulił twarz w moje włosy. Jego zapach roznosił się wszędzie i chyba chciałam tam tak zostać. Uchyliłam jedną powiekę, żeby sprawdzić, co z resztą świata. Przezorny pan Fairchiles zasłonił jednak kotary, więc z mojego egzaminowania nici, ot co. Usiadłam po turecku i przeciągnęłam się. Gospodarz nie wyglądał na zadowolonego. Uniósł jedną brew i poczułam się jakbym zrobiła coś niedobrego. Niedobre dziecko, co ty wyprawiasz, przestań. Na wpół się uśmiechnęłam, na wpół ziewnęłam. Trudna sztuka.
    W jednym momencie podniósł się i Reik, więc znowu miałam go naprzeciwko siebie. Miał ten swój chytry uśmieszek, a oczy mu zabłysły. Lewą ręką objął mnie w pasie, wzdychając.
    - No chyba jeszcze nie musisz iść, co, maleńka?
    Uśmiechnęłam się przymilnie po raz kolejny. Wcale nie zamierzałam tego zrobić. Co to, to nie. Żeby Rhodes znowu mnie nazywała idiotką? To byłoby straszne. Przerażające.
    - To zależy - wymruczałam, rozpinając górny guzik jego koszuli. - To zależy od tego, co masz do zaproponowania.
    Odpięłam guzik poniżej tamtego i na moich ustach ponownie zawitał uśmiech. Trochę bardziej krzywy, ale dość przymilny jak na moje możliwości. Przy takiej dawce wspaniałej atmosfery, jaką tworzył deszcz obijający się o parapet, nie stać mnie było na więcej.
    Reik parsknął śmiechem jakby tylko na taką odpowiedź czekał. W jego oczach widziałam czystą radość i coś jeszcze, czego nie byłam w stanie zidentyfikować. Czułość?
    - No wiesz, maleńka - szepnął, przysuwając się do mnie, co zaowocowało moim przytuleniem się plecami do ściany - Ja mam do zaoferowania dużo. Nie wiem tylko - wymamrotał gdzieś koło mojego ucha. Był tak blisko jak zawsze chciałam, żeby był. - czy zgodzisz się na wszystko.
    Nie ma problemu, prawda, Reik? Ty i tak wiesz, na co ja się zgodzę, a na co karygodnie powiem: nie. To znacznie ułatwi całą sprawę, zabraknie niepotrzebnych sporów, a skupimy się na tym, co pożyteczne i przyjemne. Chociaż bardziej przyjemne, niż pożyteczne. Westchnęłam głośno, na co on zachichotał i pocałował mnie w czoło.
    Uśmiechnęłam się od ucha do ucha na samą myśl, że zbliża się weekend, długi weekend z powodu święta, i wtedy będę mogła się naprawdę wyspać. Wyspać się, zjeść, pospacerować, zjeść, poleżeć, zjeść, podrażnić się, zjeść i znowu wyspać. I tak w kółko. W doborowym towarzystwie.
    - Kim ty w ogóle jesteś? – zastanowiłam się na głos, nieświadomie wytrzeszczając na niego nagle oczy.
    On się tylko uśmiechnął i zbliżył swoją twarz do mojej tak, że nasze nosy się zetknęły. Nie mogłam nie zachichotać. Jego ręce oplotły mnie ciaśniej w pasie, więc nogi zarzuciłam mu na biodra. Wyglądało to z zewnątrz z pewnością jak gra wstępna. Głupi Fairchiles.
    - Jeżeli masz na myśli pytanie, kim jesteśmy dla siebie nawzajem – wymruczał mi gdzieś w szyję za uchem, co sprawiło, że przeszły mnie ciarki po plecach. – to jest to pytanie bez odpowiedzi. Dobrze wiesz, że my jesteśmy sobie po prostu.
    O tak, wiedziałam. To sprawiało, że mogłam być pewna, że nawet jeżeli sobie pójdzie uprawiać seks z inną, to zawsze do mnie w końcu wróci. Nie wiem tylko, czy sprawiało to, że byłam szczęśliwa, czy kompletnie na odwrót. Oparłam czoło na jego brodzie, nosem dotykając reikowej szyi, pachnącej dziś jakąś nieznaną mi wodą kolońską, za to bardzo przyjemną. Zawsze używał ładnej wody kolońskiej. Westchnęłam prosto w jego jabłko Adama, na co zaczął mnie głaskać po głowie jedną ręką, drugą trzymając na moich plecach.
    Po prostu sobie jesteśmy. Po prostu.
    - Dokładnie. – czyżbym powtórzyła jego słowa na głos zamiast jedynie w swojej głowie? A może to on czyta mi w myślach? Wcale bym się nie zdziwiła.
    - Dlaczego?
    - Bo żadne z nas nigdy nie było kochane, więc jesteśmy spaczeni, maleńka. Nie umiemy kochać. Nawet siebie nawzajem. Pozostaje nam symbioza, bo miłość jest za trudna, jeżeli nie uczysz się jej od małego.
    - Aha. Ale to chyba jest bardziej pasożytnictwo.
    - Czy pasożytnictwo nadal jest pasożytnictwem, jeżeli oba organizmy są pasożytami?
   - Nie mam pojęcia. Biologia nie zna takich przypadków. – szeptałam już, uśpiona w jego ramionach.
   - Hmm – wymruczał. – trudno. W takim razie pozostaje ci być tym drugim, nie-pasożytniczym organizmem, maleńka.
    - Dlaczego?
    - Zadajesz zbyt dużo pytań. – dmuchnął mi w kosmyki włosów nas czołem. – To ja tu jestem dużo niebezpieczniejszy, dużo bardziej gruboskórny i dużo mniej wart zaufania. Rozumiesz? Jeżeli nie żylibyśmy tak jak sobie egzystujemy aktualnie, po prostu sobie będąc, skrzywdziłbym cię jeszcze bardziej.
    - Aha.
    Moja głowa raczej nie chciała sobie wyobrażać sytuacji, w której krzywdzi mnie jeszcze bardziej. Ta dawka była zupełnie wystarczająca dla mojego małego rozumku i wielgachnego, czerwonego serducha, otwartego tylko i wyłącznie dla Reika Fairchilesa.

ﬡﬡﬡ

    Perspektywa powrotu na święta była tak okropna, że tylko zakupy mogły coś na to poradzić. Jak zakupy, to tylko weekend. To tylko sobota, uściśniając. To tylko z Rhodes i tylko wieczorem. Nie żeby mi dolegało zakupocholictwo. Holictwo. Anyway, zakupy relaksują płeć piękną, potwierdzono to badaniami, których źródła nie przytoczę.
    - Czy wiesz, - spytała Cecilia, prawie podskakując w swych człapaczkach. - co chcesz sobie kupić?
    Zwróciła na mnie swe spojrzenie, które dostałoby główną rolę w jakimś horrorze o niegrzecznej dziewczynce. Wiecie, a'la Omen, tylko w damskiej wersji. Zaparłoby wam dech w piersiach, słowo daję. A taki ładny był wieczór. Schowałam głowę w arafatkę i wzruszyłam ramionami radośnie.
    - Nie, ale jak to zobaczę, to będę wiedzieć, że to chcę i możesz być pewna, że ci o tym powiem. - zaćwierkałam podnosząc oczy na ciemne chmury na niebie.
    Rhodes westchnęła jak zraniony zwierz, ale posłusznie wchodziła ze mną do wszystkich sklepów. Swoim sceptycznym okiem patrzyła na wszystkie bluzki, bluzy, T-shirty, żakiety, kurtki, tuniki, sukienki, spódnice, jeansy, spodnie, rybaczki, dzwony, a nawet na skarpetki i buty.
    Pod koniec i ja miałam już wszystkiego dość, ale ona wyglądała na całkiem trzeźwą. Nie mogłam się zdecydować, czy wziąć czarną, opinającą, a więc zarazem podkreślającą moje krągłości, krótką sukienkę, czy może tą do kolan, niebieską, ale za luźną trochę. To był dylemat dnia. Zagadka dla Sherlocka Holmes'a, tym trudniejsza, że obie kosztowały tyle samo.    
    Mówię wam, bycie kobietą jest niezmiernie trudne i polega tylko i wyłącznie na podejmowaniu trudnych decyzji, a jak już ich nie podejmujesz, to musisz radzić sobie z migreną, wywołaną przez stres, wynikający z podejmowania trudnych decyzji. Błędne koło. I oczywiście żaden facet ci w tym nie pomoże, bo nigdy nie zdoła zauważyć, że masz takie problemy. O nie, co to, to nie. A potem mówią, że jesteśmy słabszą płcią.
    - Weź czarną.
    Podniosłam głowę. Rhodes siedziała na przeciwko mnie, z głową podpartą na dłoni. Sprzedawczyni dała sobie z nami spokój i poszła zaparzyć sobie kakao. Wyciągnęłam przed siebie wieszak z czarną kiecką i po raz n-ty zlustrowałam.
    - Ale dlaczego? - wyszeptałam zdziwiona. Ja nie byłabym w stanie wybrać. A ona nie powiedziała tego tak po prostu.
    Wstała i przeciągnęła się. Podeszła do kasy i odwróciła się w moją stronę.
    - Weź czarną. Reikowi się spodoba. Będzie zachwycony. On wprost uwielbia krótkie, opięte sukienki, a jeśli jeszcze to będziesz ty w tym czymś, to po prostu dostanie orgazmu i umrze na miejscu. - zakończyła z wrednym uśmieszkiem.
    Prychnęłam kilka razy i odwiesiłam niebieską na miejsce. Podeszłam do kasy i położyłam wybrankę Rhodes na ladzie. Dobry argument nie jest zły.
    Myślałam, że kasjerka nas zje, ale jakoś wyszłyśmy prosto na ciemną ulicę, oświetloną gdzieniegdzie latarniami, ja bez kilku banknotów mniej, za to z nowym nabytkiem, Cecilia z bolącymi nogami. Plecami. Wszystkim.
    Nigdy nie zrozumiem jak to się stało. Jak to się po kolei potoczyło, choć tak naprawdę, to wiem wszystko. Śniło mi się to potem jeszcze przez wiele nocy. Nie raz i nie dwa odtwarzałam w myślach cały bieg wydarzeń. Pamiętam każdą setną sekundy, bo każda z nich trwała dla mnie wieczność. Jednak nie umiem pojąć, co się stało. Nie docierało to do mnie i nie dotrze nigdy. Podobno to taka bariera obronna mózgu. Chyba łatwiej jest mi bez tej świadomości egzystować, pomimo że i tak było mi trudno.
    Znowu zbierało się na deszcz. Obie w tym samym momencie popatrzyłyśmy w górę. Ja byłam rozanielona tą mini-prognozą, natomiast Rhodes była wyczerpana i zdenerwowana. Miała kwaśną minę, gdy patrzyła jak na mojej twarzy rodzi się uśmiech wraz z pierwszą kroplą deszczu na moim nosie.
    Przymknęłam oczy na chwilę, aby napawać się tą chwilą. Tym powietrzem, zapachem, który otulał cię i wzbijał wręcz w powietrze, do chmur. Do gwiazd.
    - Chciałabym jeszcze obejrzeć te lakiery. - zaćwierkałam i skierowałam się do sklepu kosmetycznego.
    Rhodes natychmiast się na mnie rzuciła i zaczęła ciągnąć w stronę szkoły. Była wyższa i silniejsza, do tego miała zaciętą minę, więc kiepsko widziałam swoje szanse.
    - Mowy nie ma, Nashe! Wracamy!
    Po kilku chwilach przepychanki, puściła mój rękaw, prychnęła i odwróciła się. Weszła na jezdnię z ramionami skrzyżowanymi na piersiach.
    Zza rogu wyjechał samochód osobowy. Już w tej chwili wiedziałam, co się stanie. Widziałam dokładnie jak Cecilia otwiera oczy. Widziałam zdziwienie na jej twarzy, bo przecież rozglądała się na boki przed wejściem na jezdnię. Widziałam także przerażenie kierowcy. Myślę, że był około trzydziestki. Jechał szybko, za szybko jak na zakręt i tak ruchliwą ulicę. Za szybko, żeby zahamować. Pamiętam, że ta okropna fura była koloru granatowego, że pod lusterkiem kierowca miał choinkę zapachową i że z tyłu siedziało dziecko w foteliku. Fotelik był ciemnozielony.
    Nie byłam w stanie wypowiedzieć ani słowa. Zawsze myślałam, że w takich momentach się krzyczy, wrzeszczy ile sił w płucach, tak jak robią to zawsze na filmach. Że stanę i zacznę wołać jej imię, czy pobiegnę ją wypchnąć spod rozpędzonego auta. Ale ja nie dałam rady wydusić ani słowa. Moja podświadomość wyłączyła się w tym momencie, aby mnie chronić. Wiem, że podeszłam kilka kroków przed siebie, tym samym wchodząc na jezdnię. Moja torebka z zakupami wyślizgnęła się na chodniku, ktoś mi ją potem doniósł.
    Wyraźnie widzę w myślach moment, w którym samochód zbliża się do szatynki, ale nie kojarzę samego momentu uderzenia. Wydaje mi się, że zamknęłam wtedy oczy. Zamknęłam tym samym cały umysł na to, co się działo wokół. Na klakson tego granatowego auta i tego gruchota, który jechał pasem, na którym stałam. Myślę, że obie byłyśmy w pewnym sensie sparaliżowane. Niezdolne do usunięcia się z jezdni. Różnica była tylko w fakcie, że mnie ktoś pociągnął za rękaw, więc ta okropna fura, której koloru nie pamiętam, uderzyła mnie już nie tak mocno.
    Nie pamiętam tego, co czułam, gdy leżałam na boku na ulicy i patrzyłam się w dal. Chyba nadal widziałam Cecilię. Jej wredny wyraz twarzy, który tak ukochałam i który kochał mnie. Nie słyszałam ludzi wokół mnie, sygnału karetki, nawoływania mojego imienia. Chciałam tam leżeć bez końca. Nie czułam w ogóle siebie, swojego ciała, ale było mi tam wygodnie. Zupełnie bezstresowo, bo przecież bez dźwięków i ogólnego zamieszania spowodowanego wypadkiem. Najbardziej martwiły mnie czarne punkty, pojawiające się i powoli rozszerzające przed moim polem widzenia.
    Potem nie widziałam już nic. Do pracy powrócił słuch, ale kilka chwil później zemdlałam i kolejne dźwięki, które do mnie dotarły, to krzątające się pielęgniarki. Wiedziałam, że jeśli w tym momencie spróbuję złapać kontakt z rzeczywistością, sporo za to zapłacę. Postarałam się więc znaleźć fragment ostatniego snu i znowu zasnąć. Nie udało mi się.


Głosuj (0)

Lizzy 17.5.2010 [komentarzy 0] Skrytykuj





[27316] ||Wróćmy tam znów...

[9] ||
Księga gości

[Napisz coś w księdze gości] || []


Dodaj mnie do ulubionych

Łiiii, przeprowadzam sondę :D
Chciałabym, żebyście napisali, między kim rozgrywa się dialog o jedzeniu w rozdziale "Dzień dobry. Zmokłem." ;)



Było i nie wróci

2010
Mayo
Marzo
Febrero
2009
Diciembre
Noviembre
Octubre
Agosto
2008
Julio
Mayo

Opowiadania nie związane z historią

Ulubieni





Linki

Inne
Klasowy fotoblog
Mój photoblog ^^
Objęte szczególnym szacunkiem
Siostra Jamesa Potter
Lily Evans
Astal
Oceny
Oceny opowiadań
Oceny blogów.
Oceny blogowe.
Szablony do pobrania
Najlepsze szablony
Ulubione
Sam Lupin
Mały świat małego Pottera
Marauders and friends
Sekretne życie Snape'a
Ofiara
Amy
Huncwoci by Fu
Rosalienne
Znajomi
Basienqaa


Lizzy


Szablon wykonała Kim
Obrazek z servisu DeviantArt
Nie Kopiuj! 
Szablon przygotowany dla Blog4u.pl